Wczoraj mój pierworodny skończył 11 lat.
11 lat mojego macierzyństwa.
Impreza urodzinowa (głównie dla rodziny) była w sobotę. Tort, życzenia, sto lat. Sprzątanie wcześniej i później, pieczenie ciast, galimatias.
Wczoraj, w dniu urodzin Ignacy pojechał z koleżanką z klasy , jej rodzicami i rodzeństwem na całodzienną wycieczkę. A my mieliśmy bardzo intensywną i wypełnioną co do minuty niedzielę. Nie było nawet kiedy zatrzymać się i pomyśleć.
Wieczorem , gdy wszystkie dzieci już spały sprzątałam kuchnie. I przypomniałam sobie długie, wielogodzinne narodziny Ignasia. Jego śliskie i pachnące ciałko tuż po porodzie. Rudą czuprynę , która mnie zaskoczyła i pomarszczone czoło (dokładnie jak u mojego męża). Mnie, młodą, dwudziestoletnią, nieobeznaną z macierzyństwem dziewczynę, która przez 6 h nie wpadła na to żeby przewinąć dziecko (zemdlałam po porodzie, byłam słaba i wykończona). Dobrze, że tatuś okazał się bardziej ogarnięty i zmienił pieluchę ze smółką

Żyliśmy sobie w drewnianym domku na odludziu, chodziliśmy na długie spacery. Ten czas kojarzy mi się z zapachem jabłek, grubym polarem, paleniem w kominku i nieodłącznym maleństwem na rękach. I te błogie 3 h spokoju , gdy pierwszy raz nieudolnie zawiązałam Ignasia w chustę.
Te 11 lat mnie przemieniło. Minął czas, pojawiły się zmarszczki na twarzy, kilka dodatkowych kilogramów. Doświadczenie i całkiem spora wiedza. Kolejne dzieci miały już przetarty szlak, mniej zestresowaną mamę. Potrzebowałam lat i różnych przeżyć by czerpać z macierzyństwa pełnymi garściami. By mieć spokój i delektować się trwającą chwilą. Oczywiście , że każde kolejne dziecko przynosi ze sobą świeżość, bogactwo i różnorodność. Jednak kolejne etapy rozwoju są już bardziej oczywiste, przyjmowane z luzem i uśmiechem.
I tak nim się dobrze obejrzałam mam w domu nastolatka. Mądrego, odpowiedzialnego, z dużym poczuciem humoru. Trochę roztrzepanego, czasami dyskutującego zbyt długo i zbyt donośnie. A jednak wciąż potrzebującego dużo miłości, troski, bycia razem.
Lubię być mamą. Choć to wymagające i bardzo pochłaniające zajęcie 

Dziś wiem, że gdyby nie macierzyństwo nie byłabym tu gdzie jestem. To ono pomogło (i wciąż pomaga) mi dojrzeć. Pokonywać samą siebie. Dawać więcej niż myślałam, że jestem w stanie. To macierzyństwo otworzyło też różne stare rany i uświadomiło co muszę w sobie przepracować. Poukładać na nowo, z miłością do siebie samej i do innych.
Oczywiście, znów, bez wiary, bez Pana Boga i bez mojego męża (który jest najlepszy na świecie, doprawdy!) niewiele bym zdziałała.
Z radością (i ciekawością) wyglądam kolejnego etapu mojego macierzyństwa. Bycie mamą nastolatka jawi mi się jako ogromne wyzwanie. Ale jak to fajnie będzie patrzeć na przemianę chłopca w mężczyznę 
