sobota, 27 stycznia 2018

Wspólnota.

Wydaje mi się, że droga prowadząca do świętości jest wymagająca. Patrząc na życiorysy świętych widzę, że budowanie relacji z Bogiem wymaga czasu, chęci, zapraszania Go do każdego kawałka życia.
Od początku małżeństwa wiedzieliśmy, że to nie będzie dla nas łatwe, że potrzebne nam jest wsparcie. Wspólnota. Inne osoby, które także wierzą, które zmagają się z podobnymi problemami. Inne małżeństwa, rodziny. Rok po ślubie trafiliśmy do Domowego Kościoła, odnogi Ruchu Światło Życie.
Domowy Kościół założył ojciec Franciszek Blachnicki- Boży kapłan wyprzedzający swoją epokę. Widział on potrzebę wsparcia dla małżeństw, miejsca dla nich.
Jak to wygląda?
Jesteśmy w tzw. kręgach. Każdy krąg ma od 4 do 7 małżeństw. Spotykamy się raz w miesiącu, w swoich domach. Rozmawiamy, modlimy się i formujemy.
Ktoś spyta: ale raz w miesiącu? Jaki jest sens?
Tak! Właśnie tak stosunkowo rzadko, gdyż formacja w Domowym Kościele przede wszystkim odbywa się w rodzinie. Codziennie. Mamy zobowiązania, które ja nazywam raczej przywilejami, kierunkowskazami przybliżającymi nas, małżonków, do siebie nawzajem i do Boga.
Codzienna modlitwa osobista. To właśnie moja rozmowa z przyjacielem. Mój akumulator :) Sposób by faktycznie być w relacji z Jezusem. Chwila by się zatrzymać i pobyć z Nim. Posłuchać co chce nam powiedzieć.
Codzienna modlitwa małżeńska. Nasz wspólny czas z Bogiem. Budowanie jedności małżeńskiej, rozważanie woli Bożej dla nas. Przypominanie o sakramencie małżeństwa, w którym jest z nami Bóg! Zauważyliśmy taką prawidłowośc: dbanie o modlitwę małżeńską to przybliżanie się do siebie nawzajem. Zaniedbanie modlitwy zaś to pewność, że będzie trudniej nam się porozumieć.
Codzienna modlitwa rodzinna czyli pokazywanie naszym dzieciom, że Bóg jest dla nas ważny. Przekazywanie im wiary, od maleńkości. To także moment by pokazać naszym dzieciom, że każdy dzień jest darem, za który warto dziękować. Jest to również moment by przeprosić i przebaczyć.
Dialog małżeński. Co miesięczna rozmowa małżeńska do której zapraszamy Pana Boga. Czas by powiedzieć sobie to co dobre oraz poruszyć to co trudne. Godzina czy dwie na wyjątkową małżeńską randkę, we troje ja, współmażonek i Bóg. Sposób na rozeznanie woli Bożej dla nas.
Reguła życia. Postanowienie wynikające z dialogu, wspólne lub każdego z nas z osobna. Sposób na pracę nad sobą.
Regularne czytanie Pisma Świętego, bo by mieć relacje z Bogiem trzeba Go poznawać.
Rekolekcje, minimum raz na dwa lata. Najlepiej 16 dniowe. Oaza na nabranie wody. Czas na to, by poczuć czym jest życie we wspólnocie, by móc codziennie być na Euchartystii, posłuchać konferencji, zobaczyć świadectwa innych małżeństw oraz... pobyć z dziećmi! Tak. Jest na rekolekcjach punkt zwany "czas dla rodziny" z którego korzystamy z radością :)
I tak na spotkaniach kręgu podsumowujemy naszą całomiesięczną pracę. Opowiadamy sobie o naszych trudach i radościach. Wspieramy się. Zresztą my, po prawie 8 wspólnych, kręgowych latach świetnie wiemy, że zawsze możemy na sobie polegać. Niezależnie czy potrzebujemy modlitwy, popchniecia do działania czy pomocy w remoncie/ przeprowadzce ;)



Brat to skarb: krótka historyjka o relacjach.

Impreza urodzinowa syna najbardziej środkowego. Rozmowa schodzi na wierszyki z okazji dnia babci.
Ja: Szymek chcesz powiedzieć wierszyk dla babci?
Szymek: Za chwilę..
Myślę sobie, że potrzebuje większego wsparcia więc mówię: Jak chcesz to chodź do mnie na kolanka.
Szymon ruszył w moim kierunku, ale usiadł na krześle obok najstarszego brata. Złapał go za rękę. Mocno.
I dopiero wtedy, wciąż ściskając jego dłoń, powiedział babci wiersz.
Mały gest, a tyle mówi o ich relacji...

O szarości


Jestem na co dzień z dziećmi. Jak to się mówi "siedzę" w domu. 
Oczywiście siedzę umownie, bo akurat usiąść to nie bardzo mam kiedy ;) (choć kawę ciepłą i przy stole pijam ;) ). 
Codziennie "to samo". Mniej więcej podobny plan, rytm dnia, wstać, nakarmić, pomóc ubrać, zawieźć do szkoły, ogarnąć maluchy, zakupy, obiad, sprzątanie, potem wspólne popołudnia, zajęcia, lekcje, w między czasie prowadzenie firmy. I tak z mniejszymi bądź większymi różnicami płynie 9 rok.
Ktoś by powiedział nuda, albo brak sensu. Łatwo się zapędzić w takie myślenie. Co z tego, że pozamiatam po raz kolejny? Co z tego że przewinę, odpowiem na milionowe pytanie, spokojnie przetrwam burzę emocji i płaczu półtora roczniaka? Co dzień to samo. Po co?
A jednak. Każde moje działanie, każda decyzja, każda reakcja to wybór. Wybór między swoim egoizmem, a rezygnacją z siebie dla innych. Wybór między dobrem, a złem. Między pomocą z miłością, a złością i niechęcią. Między wysłuchaniem, a odganianiem się od dziecka jak od natrętnej muchy. Każdy mój uczynek, najmniejszy, zrobiony z Miłością to okazanie Miłości Bogu. To uczynek dla Niego. Moje bycie w domu można przeżyć albo z frustracja albo z pokojem serca i poczuciem sensu. Kiedyś jeden kapłan powiedział mi że to taka "mistyka zamiatania miotłą" i gdy tracę sens oraz siły to przypominam sobie o tej mistyce codzienności.
W życiu nie ma szarości, to my ludzie próbując usprawiedliwić siebie chcemy by te szarości istniały. Ale tak na prawdę jest białe i czarne, dobre i złe. Każdy najmniejszy uczynek może mnie przybliżyć do Boga. Nie muszę być idealną. Wystarczy że będę kochać.


środa, 17 stycznia 2018

O stereotypach

Temat trudny. Wracający jak bumerang.
Stereotypy. O wielodzietnych, o kolejnych dzieciach, i w końcu o matce polce wielodzietnej.
Rodzina wielodzietna jest bardziej na świeczniku. Jest bardziej widoczna, rzuca się w oczy. Pamiętam jak po urodzeniu trzeciego dziecka długo miałam zwyczaj sprawdzania czy dzieci aby na pewno mają czyste ubrania i spodnie bez dziur. Obawiałam się komentarzy. Ale wiecie jak często chłopcy dziurawią spodnie? To jest niekończąca się historia :) zdarzało mi się dopiero na pikniku/ spacerze odkryć, że na kolanie zrobiło się znowu przetarcie :) i mieć wyrzuty sumienia. Dziś wiem, że choćbym miała dzieci ubrane w najdroższe ubrania to i tak znajdą się osoby mówiące o tym, że skazujemy dzieci na biedę. Już mnie to tak nie rusza, bo wiem, że to nie jest prawda. I że dzieciom dużo bardziej potrzebne jest nasze zainteresowanie i czas razem niż laptop, iPad i konsola do gier.
Teraz częściej słyszę komentarze o 500+. Idziemy sobie spacerkiem po parku i słyszę jak jedna pani mówi do drugiej "o, narobili dzieci dla 500+." Albo "patrz ile muszą dostawać". Najczęściej po prostu się uśmiecham, choć moja teściowa nie zdzierżyła kiedyś i odparowała jednemu panu że też może mieć więcej dzieci jak ma ochotę. Prawda jest taka, że sam program bardzo pomógł wielu rodzinom, nasze dzieci dzięki niemu chodzą do prywatnego przedszkola i szkoły. Ale nie da się za to utrzymać tylu osób :)
Kolejne komentarze dotyczą niestety "rozmnażania bez opamiętania". Są smutne , co tu kryć. Nikogo nie powinno obchodzić to dlaczego mamy tyle dzieci. My akurat mamy dzieci wymodlone, ale jeśli ktoś przyjmuje dziecko nieplanowane to postępuje pięknie i odpowiedzialnie. A takie komentarze ranią. U nas często zdarza się jeszcze pytanie o to czy chcieliśmy córkę. Gdyby była córka to kochalibyśmy ją równie mocno co synów. Ale decydując się na dziecko nie wskazujemy Panu Bogu, która płeć byłaby bardziej pożądana. Ufamy, że On najlepiej wie kto jest potrzebny w naszej rodzinie :)
Na koniec zostawiłam sobie stereotyp matki Polki wielodzietnej. Często słyszę: "Ty masz piątkę dzieci? Nie wyglądasz."
Nie wiem jak więc powinna wyglądać matka trojki, czwórki, piątki? Znam dużo takich kobiet, zdecydowana większość z nich jest zadbana i dobrze ubrana :)
Ja sama na co dzień chodzę w spódniczkach/ sukienkach, a w mojej szafie nie ma wyciągniętego dresu. Nie maluje się w ogóle za to chętnie zakładam kolczyki i lubię mieć kolorowe paznokcie jeśli tylko czas pozwoli. Dodatkowo (co pewnie jest po prostu genetyczne) dość szybko wracam do swojej wagi sprzed ciąży :) a zmarszczki mam głównie od śmiechu :) ostatnio ubieram się rano w łazience, wychodzę i słyszę od mojego czterolatka "no, bardzo ładnie wyglądasz dobrze, tylko wróć założyć kolczyki jeszcze" :)
A wy z jakimi stereotypami spotykacie się na co dzień?

sobota, 13 stycznia 2018

Rozdarcie?

Piątka dzieci.
Noworodek na piersi, je co półtorej godziny, a najlepiej mu na rękach u mamy.
Półtoraroczniak z dużymi potrzebami. Ma być tu i teraz, bo przecież to taki wiek.
Czterolatek: mamo a poczytasz, mamo a podasz, mamo pomóż..
Sześciolatek: pogramy w uno? Zjadłbym.. a wiesz że w przedszkolu? Poleżysz ze mną?
Ośmiolatek: a dzisiaj w szkole.. mamo wiesz, że ja...? Poczytamy razem? Pomożesz mi w tym zadaniu? Mogę jechać z tobą? Pogadamy?
Doba nadal ma 24h. Jak to zrobić by być dla nich, dla każdego z nich?
Bywa trudno, co tu kryć. Ale staramy się. Oboje.
Zdarza sie, że mówię : Ignacy poczekaj, Antek dokończ co mówiłeś, dobra Ignaś teraz Ty, Szymuś Ty za chwilę.
Bywa, że usypiam czterolatka z noworodkiem u piersi. Zdarza się, że odmawiam piątej gry, układania klocków w tym momencie, bo obiad, bo pranie, bo muszę wziąć oddech.
Wiem, że dla niektórych to nie do przyjęcia.
Ale.. bywa że siedzę z nimi wszystkimi na sobie/obok i czytamy godzinami. Bywa, że gramy w planszówki pół dnia i nie brakuje nam osób do jakiejś gry. Bo jest nas dużo. I jest wesoło, jest razem, jest gwarnie.
Bywa, że jadę na zakupy z jednym dzieckiem. Starszym. By pogadać tylko z nim. Lub pobyć tylko z nim.
Czy oni na tym tracą? Czy mam "wyrzuty sumienia?" Największe rozdarcie czułam mając... dwójkę. A potem zrozumiałam, że to, że się chwilę poczeka to nie koniec świata. Cierpliwość przydaje się w życiu.
Jest też druga strona tego wszystkiego. Oni mają siebie nawzajem. Scena z dziś: jedną ręką gotuje obiad, druga mieszam ciasto dyniowe. Maleńki Franciszek leży na kanapie i patrzy na świat. Patrzę po chwili a koło niego siedzi pierworodny. Głaszcze go po głowie i cicho coś mu szepcze. Patrzę chwilę później a czterolatek delikatnie go przytula i okrywa kocykiem.
Scena z przed może miesiąca. Zbieramy się do szkoły i przedszkola. Jesteśmy spóźnieni. Biegam pakując śniadaniówki, zbierajac ostatnie rzeczy. Chłopcy ubierają się na wiatrołapie. Wchodzę tam by ubrać Józka. Patrzę, A Józinek już prawie gotowy, najstarszy zapina mu kurtkę i mówi:"ubrałem go, bo czasu mało, a on mi podał buty".
Takich sytuacji jest codziennie bardzo dużo. Staramy się nie zrzucać w żaden sposób opieki nad młodszym dzieckiem na starsze. Ale oni sami, w zupełnie naturalny sposób, pomagają sobie nawzajem. Mają ze sobą relacje. I to nie jest tak że tylko ja i mój mąż zaspakajamy ich emocjonalne potrzeby. Bo oni mają jeszcze siebie. To miłość pomnożona, nie podzielona.

sobota, 6 stycznia 2018

Kilka słów o nas.

Mam 28 lat i jestem mamą pięciu synów. O tym jest ten blog. O naszej codzienności, zmaganiach.
Dziś kilka słów więcej o mnie, a tak naprawdę o nas.
Przede wszystkim jestem żoną, wspaniałego mężczyzny. Znamy się od 14 roku życia, razem dzialaliśmy w harcerstwie, w tym samym czasie prowadziliśmy swoje drużyny w ZHR, w tym samym szczepie. Od 16 roku życia zaczęliśmy patrzeć na siebie inaczej. W głębi serca byłam pewna, że to ten mężczyzna, na całe życie. 
Ślub wzięliśmy w wieku 20 lat, i od tego momentu idziemy razem przez życie. Wiedząc, że nie jesteśmy sami, że z nami jest Bóg, który zsyła morze łask w sakramencie małżeństwa.
Mieliśmy pół świata przeciwko sobie, tak szybki ślub nie zachwycał. Ale wiemy, że to było najlepsze co mogło nas spotkać. Wspólna droga.
Od początku wiedzieliśmy, że potrzebna nam wspólnota, po roku trafiliśmy do Domowego Kościoła. Szybko przeszliśmy podstawową formację i zaczęliśmy posługiwać, głównie jako animatorzy na rekolekcjach. W między czasie przychodziły na świat kolejne dzieci....
Jak to jest z tymi dziećmi? Częste pytanie. Mało kto potrafi przyjąć, że to odpowiedź na pragnienia jakie wlewa Bóg. Że nasze dzieci są chciane, wyczekane, wymodlone. Że przed kolejnymi poczęciami rozważamy naszą sytuację, zanim powiemy "jesteśmy gotowi". I Bóg cierpliwie na tą naszą gotowość czeka. 
Widzimy, że nie jesteśmy sami. Że Jezus idzie z nami i troszczy się o swoje dzieci, o nas. Mieliśmy nie jedną sytuację, która o tym świadczy. Mój mąż ma świetną pracę, jest programistą, godziwie zarabia, ale też nie siedzi po godzinach. Weekendy i popołudnia spędza z nami. Ale to praca wymodlona, praca która przyszła po dużo gorszej. Praca, którą dostał dzięki swojemu zaangażowaniu, i dzięki przede wszystkim Bogu. Ja prowadze swoją działalnośc gospodarczą. Mogę pracować z domu, być z dziećmi i robić to co lubię. 
Zaczynaliśmy biednie- dwoje studentów. Ale Pan Bóg prowadzi nasze życie tak, że niczego nie brakuje nam, ani dzieciom. Wiem, że nasza otwartość na Jego wole, nasze zaufanie to furtka dla Jego łaski. 
Czy zawsze jest łatwo? nie, oczywiście, że nie. Nasze powołanie wymaga od nas codziennej uwagi, zaangażowania, odpowiedzialności. Spędzamy z dzięcmi bardzo dużo czasu, dbamy o to by chodziły do dobrych przedszkoli i szkół, jeżdzimy na wycieczki, wakacje. Lubimy być razem. Ale przede wszystkim staramy się im pokazać Boga, życie wiarą. Wpoić wartości. Co oni potem zrobią, co wybiorą? Zobaczymy. Dzieci nie są dla nas, są tylko na chwilę, a potem idą swoją drogą. Mogę tylko ufać, że nasi chłopcy wiedzą że mogą na nas liczyć. Że nie ma rozdarcia między naszymi poglądami a postępowaniem. Że nasze wartości są i będą dalej im równie bliskie.
Czy mamy pomoc? Na codzień nie. Od kilku miesięcy raz w tygodniu przyjeżdża moja mama by mi trochę pomóć w sprzątaniu lub odebrać dzieci ze szkoły. Ale zdecydowanie od zawsze radzimy sobie sami. Nie mamy opiekunki, nie wykorzystujemy dziadków. Nasze dzieci wychowujemy my. Czy się da? oczywiście. Mimo, że doba ma 24 h. Ilość miłości jaka jest w naszym domu myślę że wystarcza dla naszej gromadki :)
Czy żałujemy? Nie. To niełatwa droga, która wymaga. Ale dzięki niej wzrastamy. Jesteśmy ze sobą coraz bliżej. Rozumiemy się, budujemy naszą jedność każdego dnia. Wyrzeczenia pomagają, by nie stać w miejscu. By wstać z kanapy jak mówił papież Franciszek.

piątek, 1 grudnia 2017

Poranne rekolekcje.

Modlitwa poranna w aucie. Szymonek modli się nad wyraz głośno. Kończymy.
Nagle odzywa się Antek: Szymon czemu Ty się tak głośno modliłeś?
Szymon: Żeby mnie Pan Jezus usłyszał
Antek: Ale Pan Jezus mieszka w Twoim ciele wiesz? I On słyszy wszystko.

#porannerekolekcje #dzieciecawiara #jestescieswiatyniaDuchaSw

czwartek, 30 listopada 2017

Piąta ciąża.

Podejrzewałam to już kilka dni wcześniej.
24.04 zrobiłam test. Dwie kreski. Wielka radość. Myśli typu "ojej, półtora roku różnicy, czy damy radę?" zgoniłam w kąt.  Stwierdziłam, że martwienie się na zapas nic nie da.
Chciałam wykrzyczeć całemu światu, że będziemy mieć dziecko. Radość. Nie do końca zrozumiana przez część rodziny i otoczenia. Bo jak można pragnąć piątego dziecka? i to z tak małą różnicą? Trochę zawodu, trochę poczucia jakby świat uważał, że piąte jest mniej wartościowe niż pierwsze czy drugie. A potem radość chłopców, pytania "ale naprawdę? Nie żartujecie? ale super!".
To wszystko było już całkiem dawno temu. Aktualnie kończę 36 tydzień ciąży. Za tydzień maluch będzie już donoszony. Kompletnie nie wiem kiedy to minęło. Zatrzymałam się na etapie tego testu ciążowego. Codzienność, bieg, nawał zajęć i obowiązków sprawiło, że sam czas ciąży przeleciał mi przez palce. Maluch w brzuchu też jakoś nie daje o sobie pamiętać. Rusza się niewiele, jakby delikatnie, jakby nie chciał przeszkadzać. 
Jestem nieprzygotowana. Ubranka wciąż nieodebrane od znajomych (oprócz kilku sztuk). Torba do szpitala nie spakowana, nie kupione pampersy na pierwsze dni, ani kosmetyki. Przewijaka brak, kołyska schowana na antresoli. Jakby ciągle było jeszcze dużo czasu.
I  jestem też gotowa. Czekam każdego dnia na ten moment w którym przytulę nowe życie. W kącie stoi nowy fotelik, bo stary już przeterminowany. Chusty czekają na półce by nosić. Przyjaciółka pożyczyła mi kombinezon i zrobiła uroczą czapeczkę na szydełku. Zwiedziłam oddział w szpitalu, który jest najbliżej nas. Wyciągam dziś z szafki liście malin do picia. Umówiłam się z położną na wizytę by ustalić plan porodu. W nocy budzę się i cieszę, gdy czuję jakieś skurcze. Bo każdy przybliża nas do SPOTKANIA.
Z jednej strony codzienność gna i człowiek zapomina, że to już, zaraz. Z drugiej cała nasza rodzina jest w gotowości, każdy z nas wie. I choćby maluch przyszedł na świat dziś niczego by mu nie brakowało. Zastałby dom otwarty, pełen miłości, niecierpliwie oczekujący kolejnego członka rodziny.
Usypiałam wczoraj Szymka. Nagle odwraca się do mnie i mówi "Może ja pogłaszczę brzuszek to mnie brat kopnie?. "Próbuj". Głaszcze, głaszcze, czeka. Nachyla się do brzucha i szepcze "Cicho, to ja Szymon, Twój brat. Cześć, ja tu jestem i czekam".
No więc czekamy. Zupełnie inaczej niż za pierwszym razem, jakże jednak bardziej świadomie i niecierpliwie. A, że przed nami Adwent to ten czas oczekiwania ma jeszcze inny wymiar. I jest tym bardziej niezwykły.
 

piątek, 24 listopada 2017

Rozmowy w między czasie

Kilka dialogów z dziś , z moim niespełna czterolatkiem
1. Szymon pakuje mi się na kolana i mówi: ja jestem lekki. Jak pióreczko. Sama tak mówiłaś. Nie zgniotę nóg dzidziusia. No to siadam.
2. Ja: Szymon, wiesz że dzidziuś się niedługo urodzi?
Sz: wiem, w końcu niedługo będzie zima.
ja: a cieszysz się?
Sz: No tak, tylko muszę naprawić swoje nogi.
Ja: ???
Sz: No bo mi w kościele nie działają i chcę na ręce, a jak będzie dzidziuś to już się tak nie da.

3. Szymon rozpakowuje śniadaniówkę i mówi: Widziałaś co na podwieczorek? Rogalik. To chyba za pasowanie. Taka okazja...

:)

poniedziałek, 20 listopada 2017

Bałagan.

Stosy ubrań do poskładania, niepoliczalne ilości skarpetek (zazwyczaj pojedynczych, podejrzewam czasami, że nasza pralka żywi się skarpetkami), kosze pełne rzeczy do wyprania. Talerzyki deserowe i plastikowe (w zastawie mamy w sumie coś ok 35-40 szt), kubeczki i sztućce. Oraz buty. Cały wiatrołap pełen kozaków, adidasów, korków, klapek ect. Wieszaki uginające się od kurtek (cienkich i zimowych) oraz swetrów i polarów.
Niektórzy pytają nas co zmieniają kolejne dzieci. I trudno nie odpowiedzieć, że najbardziej zmieniają... ilości.
Jestem minimalistą. Uważam, że lepiej mieć mniej niż więcej. A jednak nawet to mniej pomnożone przez 6-7 osób to zdecydowanie dużo. Matematyka jest nieubłagana :)
Jak sobie z tym radzimy?
Pralka 8 kg + suszarka mechaniczna- średnio dwa razy na dzień.
Zmywarka, oczywiście większa, średnio 2 razy na dobę.
Duża szafa na buty. I szafka na te bieżące, aktualnie używane. I mnóstwo wieszaczków na przedpokoju. I ktoś kto codziennie te buty i kurtki jakoś ogarnie (Tak się składa dziwnym trafem, że najczęściej jestem to ja. :) Ale nasz czterolatek radzi sobie prawie tak samo dobrze w tym temacie, więc wg rozpiski 2 razy w tygodniu ma dyżur wiatrołapowy. ;) ).
A teraz sedno, clue całości: to jest naprawdę nieistotne. Świetnie, wręcz fantastycznie, gdy całe czyste pranie jest na półkach, a brudnego prawie nie ma. Gdy to, co można jest schowane do szafy, a buty poukładane na półkach. Idealnie, gdy naczynia są umyte, a pusta zmywarka oczekuje na nowe. Ład i porządek. I powycierany, pusty stół. Ale to  nie jest cel naszego życia. Rodzina nie jest szczęśliwsza, gdy wszystko jest na swoim miejscu. Tak naprawdę, to zyskuje na tym głównie moje poczucie estetyki. Nauczyłam się odpuszczać. Przyjmować, że choćbym robiła 24 h na dobę to i tak nie osiągnę idealnego porządku. Wolę jednak, byśmy mogli na spokojnie pobyć razem, pograć, porozmawiać, pójść na spacer, niż ciągle zaganiać rodzinę do sprzątania.
Mamy zasadę: w sb sprzątamy. I wtedy każdy wie co ma robić. Oczywiście i w tygodniu istnieje rozpiska z obowiązkami, której się trzymamy. Nauczyłam się jednak, że czasami zamiast dążyć do bycia idealną panią domu lepiej odpocząć, poczytać książkę, napić się ciepłej kawy i zadbać też o siebie. :)

sobota, 18 listopada 2017

O spotkaniu z Przyjacielem.

Są takie dni, gdy wkrada się w moje życie melancholia. Gdy coś przygniata mnie w środku, budzi się tęsknota, niezadowolenie z siebie.
Jesień, pochmurno, wieje wiatr, a we mnie mnóstwo ciążowych hormonów- to sprzyja tym chwilom "beznadziei".
Tak było i wczoraj. Moje poczucie własnej wartości poleciało na łeb na szyję. Józik z gorączką, ja całe dnie w domu. Nadeszły myśli o tym, że moje życie od wielu lat to pasmo przewijania, karmienia, bujania, przytulania, prania, gotowania, zamiatania, wycierania, noszenia toreb z zakupami. Inni robią kariery, inni "coś" znaczą. A ja? Matka polka, kura domowa. I jakoś w takich momentach zupełnie nie przemawia do mnie to, że przecież od lat prowadzę firmę, ani to, że dużo posługujemy, jesteśmy we wspólnocie a ja znajduje czas na różne hobby. Czarna chmura przesłania mi po prostu zdrowy rozsądek.
Na takie chwile nie pomaga ani pyszna herbata, ani kawa, czekolada czy ciasto, szczerze mówiąc nic "co ludzkie" nie jest w stanie ugasić tego we mnie.
Ale mam jeden sprawdzony sposób. Spotkanie z Przyjacielem. Rozmowa z Bogiem.


20 minut medytacji opartej na Słowie Bożym. Otucha, pokój, nawet wtedy, gdy obiektywnie wydaje mi się, że niewiele z tego czasu wyniosłam. A jednak- kończę modlitwę i widzę jakby jaśniej, jakby inaczej. Wiem, że to moja droga.
Wczoraj również zasiadłam, by porozmawiać z Jezusem. I przeczytałam:
"Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je." Łk 17, 33
Czy trzeba mi lepszego pocieszenia? Większego ukojenia? Mocniejszego zapewnienia o tym, że moja codzienność to wspaniała droga, by nie zachowywać swojego życia, ale spalać się dla innych?

Wspólnota.

Wydaje mi się, że droga prowadząca do świętości jest wymagająca. Patrząc na życiorysy świętych widzę, że budowanie relacji z Bogiem wymaga c...