poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Odnowienie przyrzeczeń małżeńskich.


Po co? By odświeżyć swoje spojrzenie na sakrament małżeństwa. By jeszcze raz powiedzieć "Chcę iść z Tobą przez życie". By umocnić jedność. By dorzucić do pieca miłości 

Wiele osób pyta jak dbamy o swoje małżeństwo. Jest wiele form: codzienna, wspólna modlitwa, dialog małżeński, mówienie językiem miłości małżonka, wspólne rozmowy, wieczory bez dzieci, małe gesty. Stawianie męża/ żony ponad dziećmi. Pamiętanie, że to jest właśnie dla mnie najważniejsza osoba na ziemi. 

Jedną z namacalnych form dbania o naszą miłość jest właśnie odnowienie przyrzeczeń. Okazje ku temu mamy chociażby na rekolekcjach Domowego Kościoła. Doliczyłam się, że w odnowieniu uczestniczyliśmy jakieś 12 razy (w niecałe 10 lat wspólnego życia  ). Dużo? Możliwe. Ale mi się wydaje, że nigdy dość przypominania sobie słów przysięgi  zawsze jest wzruszenie, radość, poczucie Obecności Ducha Świętego  jest MOC!

A Wy mieliście kiedyś okazję odnawiać ślubowania? Jak to wspominacie?


wtorek, 24 lipca 2018

Wakacje ;)


Cisza. Cisza tu w przestrzeni wirtualnej, a w domu wręcz przeciwnie. Wakacje czyli cała gromadka w domu. 
Jest wesoło, radośnie, czasem zbyt głośno, a czasem trochę nerwowo. Gonię w piętkę i wiecznie mam tyły (zwłaszcza ze składaniem prania), a pół dnia spędzam w kuchni gotując, piekąc i przetwarzając hurtowe ilości owoców i warzyw. I mimo iż jest bardzo wymagająco to jednak staram się czerpać ile się da i doceniać każdą chwilę tego niezwykłego czasu. 
A w wakacje do tej pory:
• Pierworodny był na kolonii zuchowej, pierwszy raz, całe 12 dni (serce mamy tęskniło bardzo). Wrócił brudny, szczęśliwy, z nowymi sprawnościami zuchowymi i... z wszami. Na wspomnienie akcji odwszawiania do tej pory mam gęsią skórkę 
• Pojechaliśmy na urlop w dolinę Baryczy. Wzięliśmy ze sobą rowery (sztuk 5). Udało nam się wybrać na jedną, ponad 10 km wycieczkę i tym samym obejrzeć piękny rezerwat olsz. Udało się również zrobić długi spacer wzdłuż stawów Milickich, łapać żaby i uczyć się nazw roślin oraz dyskutować nad tym dlaczego nie zgadzamy się na domową hodowlę ryb i robactwa (jak widać kot dzieciom nie wystarcza). Po tych atrakcjach zaczęło padać. Lać. Intensywnie. Wytrzymaliśmy jeszcze jeden dzień zwiedzając wszelakie pobliskie muzea a potem pokonani przez pogodę wróciliśmy wcześniej do domu. Na szczęście w naszym mieście deszcz nie jest przeszkodą do aktywności: odwiedziliśmy park trampolin, kręgielnie i aquapark (ostatni przysporzył najmłodszemu kataru  )
• zrobiliśmy jakieś 70 słoików przetworów wykazując sie współpracą rodzinną i zaangażowaniem (każdy miał swoją robotę, jeden drylował wiśnie, drugi sprzątał kuchnie etc). Przed nami jeszcze ogórki, pomidory i jablka więc pewnie jesteśmy gdzies w połowie.
• zbudowaliśmy (no dobra, zbudowali, chłopcy i mój mąż, ja tylko patrzyłam) jakieś 20 różnych pojazdów z LEGO, kilkanaście domów, lodziarnie oraz fragment skarbca Sknerusa mcKwacza (na cały zabrakło czarnych klocków i jesteśmy teraz regularnie namawiani na dostawę owych).

Przed nami jeszcze:
• Trzydniowa wyprawa starszakow w góry z dziadkami. Kompletnie nieplanowana, spontaniczna, zaproponowana wczoraj (ruszają dziś). Na szczęście pakowanie poszło sprawnie 
• 16 dniowe rekolekcje nad morzem na ktorych oprócz pogłębiania relacji z Panem Bogiem, budowania jedności małżeńskiej i bycia z dziećmi mamy mini zadanie bycia animatorami. W związku z tym wieczory spędzamy na przygotowywaniu, robieniu prezentacji i zastanawianiu się jak damy radę (to ja oczywiście) oraz co tam możemy porobić w czasie wolnym (to mój mąż).

Mam nadzieję że wasze wakacje są równie udane  a teraz już kończę, gdyż dzieci wołają o obiad, a 2 latek wstał z drzemki i krzyczy żeby go wyciągnąć (muszę się spieszyć, rano się nie spieszyłam i gdy już dotarłam to było za późno. Moje oczy ujrzały połamane łóżeczko i Józia który mówi"Skakałem skakałem i połamałem". 

niedziela, 10 czerwca 2018

O miłości do dwulatka.


Wybaczcie mi tą ciszę, to po prostu życie pędzi i każdy dzień niesie tyle obfitości, że ciężko o chwilę na pisanie.
Ale dziś chciałabym poruszyć taki temat o kochaniu. O miłości mimo wszystko.
O miłości trudnej, bolącej, ale trwałej.
O miłości do dwulatka.
Wiem jak to zabrzmiało. Pewnie niektórzy się oburzyli myśląc "ale jak to? Przecież dwulatek to takie małe, kochane dziecko". Racja. Jednak dwa lata to etap pierwszego, bardzo mocnego buntu. Etap w którym dziecko zaczyna mieć własne zdanie, jednak emocjonalnie samo sobie z tym nie radzi. Etap w którym chciałoby się wypowiedzieć, jednak często jeszcze nie potrafi wyartykułować potrzeb.
Miałam w swoim życiu już trzech dwulatków, każdy z nich ten czas przechodził inaczej. Aktualnie mam czwartego i on burzy wszelkie moje doświadczenia oraz wyobrażenia.
Mam więc cały zakres emocji związanych z kolejnymi fochami. W pełni akceptuje etap "ja sam" i jestem skłonna cofnąć czynność, by mógł zrobić po swojemu (nawet gdy chodzi o powolne, samodzielne wchodzenie do samochodu, gdy mi się spieszy). Rozumiem momenty, gdy z braku pomysłów, w pełnych emocjonach mój dwulatek wykonuje rzut na ziemię. Naprawdę rozumiem. Ile razy ja bym najchętniej tupnęła nogą.. Ale nie ten wiek Sytuacja z niedawana: wychodzimy z przedszkola po odprowadzaniu dzieci. Niosę fotelik z Franiem. Trzymam za rękę Józia. Ktoś przytrzymuje mi drzwi, żebym mogła wyjść. Puszczam na sekundę Józia, bo się nie przecisne. W tym momencie on rzuca się z wrzaskiem na ziemię. Bo on chciał za rękę. Rozumiem. Spokojnym głosem mówię: Józio przesuń się, zajmujesz przejście. Józek przepełza jakiś metr do przodu i znów wraca do focha. Ok, odczekałam, kilkukrotnie zaproponowałam podanie ręki, przeszło, wstał, poszliśmy dalej. Takich akcji jest sporo w ciągu każdego dnia. Ale to już znam, poprzedni synowie w jego wieku też tak miewali. Rzadziej, owszem, ale jednak. Jest za to coś co przeskoczyć mi trudno. Ryk, wrzask. Godzinę. Dwie. Trzy. Szloch, histeria. Nie pomaga ani holding (przytulanie na siłę, działało u pierworodnego bezbłędnie) ani propozycja przytulenia, ani zmiana tematu. Sam musi przyjść, bo inaczej tylko zaogniam. Chciałabym mu pomóc, ale nie da się pomóc na siłę. Aż mnie boli ten jego trud. To trwa. Zastanawiam się (pierwszy raz w mojej macierzyńskiej karierze) nad zakupem zatyczek do uszu. I słuchawek wyciszających dla Frania, który też musi tego słuchać. Ostatnio przyjechał do mnie pan od kasy fiskalnej. Gdy wreszcie udało mi się usłyszeć jego pukanie i otworzyć, to wręczył mi awizo od listonosza (jego niestety nie usłyszałam). No cóż, bywa. Dodatkowo Józek ma etap "tata" i potrafi krzyczeć godzinę, bo chce by go usypiał tata. No, a co ja zrobię jak tata w dzień pracuje?
Ta sytuacja uczy mnie wychodzenia dalej. Akceptacji tego co bardzo trudne. Odnajdywania własnych granic. Próby trzymania się ich. Kochania pomimo. Oddzielania emocji od miłości. Doceniania dobrych chwil, ale i czerpania z trudnych. Brania głębokiego oddechu. Wychodzenia na moment z pokoju, by ochłonąć.
Jednocześnie nie potrafię się oprzeć myśli, że dla Boga to każdy z nas jest jak taki dwulatek. Z własnymi pomysłami, z emocjami które nas przerastają, z "chce Boże i mi daj". Tyle, że na szczęście Bóg jest wszechmocny i wykazuje się cierpliwościa dużo większą niż ktokolwiek z nas.
Jest za to coś czego od dwulatka można się uczyć. Umiejętność wyrażania uczuć. Zdeterminowanie do działania. Chęć przekraczania siebie. Pokonywania ograniczeń.
Patrzę na mojego wspaniałego, pewnego siebie synka, który przechodzi ciężki etap i staram mu się towarzyszyć mimo wszystko. Mimo, iż wieczorem czuje się jak przemielona przez maszynkę  Żadne moje dziecko nie było aż tak wymagające. I żadne nie nauczyło mnie aż tyle. Nie rozwinęło tak mocno.
Na koniec fragment Słowa z dnia. Idealnie się wpisujący. "Niewielkie bowiem utrapienia nasze obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie." 2 kor 4, 17-18
* Żeby nie było. Józek jest wspaniałym dzieckiem. Troskliwym. Opiekuńczym. Coraz więcej mówi, ma już widoczne poczucie humoru, uwielbia czytać książki i wspaniałe buduje z klocków. I potrafi być przeuroczy. Myślę jednak, że wiele mam, gdy przychodzi etap pierwszego buntu zastanawia się "co poszło nie tak". I ten post jest w dużej mierze dla nich. To tylko etap. Minie. Naprawdę.


czwartek, 10 maja 2018

W Toruniu.


Wyobraźcie sobie ósemkę dzieci, czwórkę dorosłych i trochę ponad 70 m2. Jeśli myślicie, że oznacza to hałas, harmider, dezorientację to jesteście w błędzie  tak właśnie spędziliśmy część naszej majówki. U przyjaciół. Było spokojnie acz intensywnie. I bardzo miło.
Wszystkie dzieci wykazały ogromny hart ducha i ciała. Zrobiliśmy sporo kilometrów zwiedzając starówkę i słuchając pięknych legend. Zjedliśmy obiad w najbardziej popularnej Toruńskiej naleśnikarni. Poznaliśmy sztukę lepienia pierników i każdy z nas miał okazję zrobić swoje własne ciastko. Pospacerowalismy po Barbarce, a dzieci wybawily się na placu zabaw (królowala piaskownica oraz zjazd na tyrolce  ). Grillowaliśmy, byliśmy na pysznych lodach. Zwiedziliśmy ogród zoobotaniczny, spędziliśmy wspaniałe popołudnie w Młynie Wiedzy (i żałowaliśmy że nie mieliśmy więcej czasu, gdyż był fantastyczny!). Ostatni dzień uwieńczyliśmy poranną Mszą Świętą. Wieczory spędzaliśmy na pogaduchach w przyjemnej kuchni, gdyż dzieci szczęśliwe i wykończone padały w okolicy godziny 19. Wróciliśmy napełnieni radością. To był fantastyczny czas. 
Bardzo, bardzo polecamy zwiedzanie Torunia z dziećmi. Warto. 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Podróże małe i duże.


Przyszła wiosna, zaświeciło słońce. Większość osób wyszła z domu, na spacery, na rowery. Słońce dodaje energii, człowiekowi marzą się podróże. Ale czy z małymi dziećmi da się?
Spotkałam się wielokrotnie ze zdziwieniem, gdy opowiadałam komuś o jakichś wyprawach, wycieczkach. Jak to? A co z dziećmi?
No właśnie z dziećmi te wyprawy i wycieczki  
Lubimy zwiedzać, kochamy ruch i aktywność. Nie jesteśmy domatorami. Dobra książka, owszem, ale po spacerze czy rowerowej wycieczce.
Jeździmy sporo. Kilka razy w roku na parę dni. Często na rekolekcje. Co jakiś czas na wycieczki jednodniowe ze zwiedzaniem. Nasze dzieci lubią podróżować. Staramy się wybierać miejsca dla nich ciekawe wiedząc jednocześnie że niespełna dwulatek i tak będzie miał własne plany  
Jak przetrwać podróż z 5 dzieci w aucie?
Wiadomo, jazda dla maluchów może być męcząca. W dłuższe podróże zawsze pakuje chłopakom tajemniczą torbę, którą mam pod ręką. W środku zawsze znajdują się:
1. Książki i książeczki. Najlepiej takie których nie czytali/ nie widzieli/ dawno nie mieli w rękach. Dla starszych Świetne są też komiksy, dla młodszych książeczki z wieloma szczegółami do znajdywania. 
2. Notesiki i kredki, najlepiej w podręcznych piórnikach (my mamy takie zwijane, materiałowe). Rysowanie to zawsze zajęcie ciekawe, a jak nudno to można pograć bratem w kółko i krzyżyk 
3. Resoraki i jakieś małe ludziki/ figurki, którymi można odegrać scenki.
4. rebusy/ guizy/zagadki 
Po kolejne rzeczy z torby sięgam w chwilach większej nudy. Oprócz tego gramy w zgadywanki. Ulubioną grą samochodową jest opisywanie czegoś co się widzi za oknem, reszta zgaduje co to. Gra świetna, ucząca spostrzegawczości i rozszerzająca słownictwo. 
Gdy widzimy już duże znudzenie włączamy audiobooki. Szczególnie Astrid Lindgren i Mikołajka. Te zawsze robią furorę  
Postoje? Raczej sporadycznie. Gdy ktoś już bardzo musi do toalety lub gdy trzeba zjeść obiad. Staramy się jechać ciurkiem jak najdłużej, żeby szybciej być na miejscu. Każde dziecko ma pod ręką bidon z wodą. Z prowiantu tradycyjne kabanosy, bułki, ale i jabłka, banany. My mamy w zywczjau ruszać skoro świt, jazda w nocy nam się nie sprawdza. Zdarzało nam się przejechać trasę: Wrocław- Zakopane z jednym postojem  I dotrzeć na obiad na miejsce.
Jeśli widzimy dużą nadaktywność to znajdujemy postój z mini placem zabaw by choć 20 minut wybiegać towarzystwo 



W ostatni weekend wyruszyliśmy do Zamku Książ. Nie jest to daleko, raptem godzina drogi od nas. Chłopcy nie zdążyli się nawet dobrze ponudzić, a już dojechaliśmy. Na miejscu daliśmy radę zwiedzić całą ekspozycję. Sami, bez przewodnika, gdyż chcieliśmy mieć elastyczność. Były sale w których chłopcy dłużej oglądali, dopytywali. Były miejsca w których odczytaliśmy wszystkie opisy przy eksponatach. Były i takie przez które przemknęliśmy niczym błyskawica z krzyczącym w niebo głosy dwulatkiem  Najmłodszy spał w chuście. (Nakarmiony i przewinięty na parkingu w aucie, zaraz po dotarciu na miejsce.) 
Po zwiedzaniu zakupiliśmy mini (naprawdę mini) pamiątki (wybrane zostały głównie górskie kamienie  ). Przy budce z lodami wyciągnęliśmy z plecaka jabłka i banany odwracając uwagę od łakoci Pospacerowaliśmy po okolicy. Było pięknie, słonecznie, wręcz baśniowo. 

Synowie zadowoleni. W drodze powrotnej połowa chciała spać, na szczęście rozbudzili się rozmową. W domu sił starczyło na kąpiel i kolacje, a potem do łóżek.  Polecamy ruszenie w drogę  my mamy w tym roku w planach Toruń, Poznań, Grywałd oraz Bałtyk  i trochę pomniejszych, jednodniowych wypraw.
A wy podróżujecie z dziećmi?

piątek, 30 marca 2018

Wielkanocny poranek.

Budzę się. Franek kończy jeść, odrywa się od piersi, patrzy dookoła. Chyba już po spaniu. Zerkam na zegarek, aha, 6.10. Znaczy zaraz zacznie się w naszym domu życie. Ale dziś wolne, nie muszę się zrywać. Nasłuchuję. Za ścianą już ktoś się porusza, zamyka się szafa, słychać głosy oraz szelest kartek. Słyszę taki dialog:
Antek: O, a tu jest Pan Jezus w ogrójcu. Modli się.
Ignas: Wiesz że Jego uczniowie spali? A On został sam.
Antek: I przyszli po Niego żołnierze, patrz tu jak ich pokolorowałem.
Szymon: A potem szedł na Golgotę, szedł szedł, bo to wysoko było i upadał ale szedł dalej.
Ignas: O, a to masz niepokolorowane, może dokończymy?
Ale nie dokończyli. Obudził się Józek i domagał otworzenia drzwi do pokoju. Zanim się podniosłam poszedł do niego Antoś. "Dzień dobry Jozio, już wstałeś? Chodź się pobawimy."
Taki zwykły, niezwykły poranek.




Życzę Wam na te święta odnajdywania cudów w codzienności, zauważania Jezusa na każdym kroku. Życzę by to On był w centrum Waszej rodziny. By ten czas Triduum Paschalnego był czasem pochylenia sie nad największą tajemnicą Miłości, aż po śmierć.
A Radość Zmartwychwstania niech ożywi wasze serca na nowo.

niedziela, 25 marca 2018

Stereotypy.


Temat trudny. Wracający jak bumerang.
Stereotypy. O wielodzietnych, o kolejnych dzieciach, i w końcu o matce polce wielodzietnej.
Rodzina wielodzietna jest bardziej na świeczniku. Jest bardziej widoczna, rzuca się w oczy. Pamiętam jak po urodzeniu trzeciego dziecka długo miałam zwyczaj sprawdzania czy dzieci aby na pewno mają czyste ubrania i spodnie bez dziur. Obawiałam się komentarzy. Ale wiecie jak często chłopcy dziurawią spodnie? To jest niekończąca się historia zdarzało mi się dopiero na pikniku/ spacerze odkryć, że na kolanie zrobiło się znowu przetarcie  i mieć wyrzuty sumienia. Dziś wiem, że choćbym miała dzieci ubrane w najdroższe ubrania to i tak znajdą się osoby mówiące o tym, że skazujemy dzieci na biedę. Już mnie to tak nie rusza, bo wiem, że to nie jest prawda. I że dzieciom dużo bardziej potrzebne jest nasze zainteresowanie i czas razem niż laptop, iPad i konsola do gier.
Teraz częściej słyszę komentarze o 500+. Idziemy sobie spacerkiem po parku i słyszę jak jedna pani mówi do drugiej "o, narobili dzieci dla 500+." Albo "patrz ile muszą dostawać". Najczęściej po prostu się uśmiecham, choć moja teściowa nie zdzierżyła kiedyś i odparowała jednemu panu że też może mieć więcej dzieci jak ma ochotę. Prawda jest taka, że sam program bardzo pomógł wielu rodzinom, nasze dzieci dzięki niemu chodzą do prywatnego przedszkola i szkoły. Ale nie da się za to utrzymać tylu osób 
Kolejne komentarze dotyczą niestety "rozmnażania bez opamiętania". Są smutne , co tu kryć. Nikogo nie powinno obchodzić to dlaczego mamy tyle dzieci. My akurat mamy dzieci wymodlone, ale jeśli ktoś przyjmuje dziecko nieplanowane to postępuje pięknie i odpowiedzialnie. A takie komentarze ranią. U nas często zdarza się jeszcze pytanie o to czy chcieliśmy córkę. Gdyby była córka to kochalibyśmy ją równie mocno co synów. Ale decydując się na dziecko nie wskazujemy Panu Bogu, która płeć byłaby bardziej pożądana. Ufamy, że On najlepiej wie kto jest potrzebny w naszej rodzinie 
Na koniec zostawiłam sobie stereotyp matki Polki wielodzietnej. Często słyszę: "Ty masz piątkę dzieci? Nie wyglądasz."
Nie wiem jak więc powinna wyglądać matka trojki, czwórki, piątki? Znam dużo takich kobiet, zdecydowana większość z nich jest zadbana i dobrze ubrana 
Ja sama na co dzień chodzę w spódniczkach/ sukienkach, a w mojej szafie nie ma wyciągniętego dresu. Nie maluje się w ogóle za to chętnie zakładam kolczyki i lubię mieć kolorowe paznokcie jeśli tylko czas pozwoli. Dodatkowo (co pewnie jest po prostu genetyczne) dość szybko wracam do swojej wagi sprzed ciąży  a zmarszczki mam głównie od śmiechu  ostatnio ubieram się rano w łazience, wychodzę i słyszę od mojego czterolatka "no, bardzo ładnie wyglądasz dobrze, tylko wróć założyć kolczyki jeszcze" 
A wy z jakimi stereotypami spotykacie się na co dzień?

piątek, 23 marca 2018

Chustonoszenie

Zastanawiałam się niedawno czy jest jakaś rzecz bez której nie wyobrażam sobie codziennego funkcjonowania z moją gromadą. Czy jest jakaś rzecz, taka zwykła, materialna, namacalna, która wpłynęła na to, że mamy tyle dzieci. Czy jest coś, jakiś przedmiot, który jest mi jako mamie wprost niezbędny. W odpowiedzi na te pytania nasunęła mi się tylko... CHUSTA.
Kawałek materiału o wymiarach mniej więcej 4,5 m na 0,7m. Najczęściej bawełniany. Długi prostokąt tkaniny bez której byłoby mi zdecydowanie trudniej.
Pamiętam moje początki bycia matką. Dziecko na rękach, dziecko śpiące na mnie, dziecko nieodkładalne. Ja bez śniadania o godzinie 11, bez obiadu do wieczora, naczynia nie pomyte, sajgon. Ja uziemiona na kanapie z dzieckiem na ręku. Dodajmy do tego hormony.. Było ciężko, nie ma co kryć. Gdy Ignacy miał ok 3 tygodni zdecydowaliśmy się na zakup chusty. Było to wtedy bardzo mało popularne. Jednak zaryzykowałam.
Pamiętam dzień w którym chusta przyszła. Spróbowałam zawiązać wg instrukcji. Wyszło. Bardzo nieidealnie, ale Ignacy zasnął praktycznie od razu. I spał bite 3 h! Posprzątałam, ugotowałam obiad, upiekłam ciasto. Czułam się jakbym odzyskała możliwość funkcjonowania! Inna rzeczywistość 
Tak się jakoś składa, że nasze noworodki i niemowlaki nie lubią wózka. Płaczą w nim, marudzą... Lubią za to być blisko. Dzięki chuście łatwiej nam o tę bliskość.
Nasz drugi syn był bardzo wymagającym noworodkiem. Pierwsze 3 miesiące nosiliśmy go po 12 h na dobę. W chuście. Inaczej płakał, zanosił się. Nosiliśmy na zmianę. Od rana do wieczora. Wyciągany był tylko na karmienie i przewinięcie. Normalnie pewnie byłabym załamana. Tu dwulatek, tu ciągle przyklejony noworodek. Ale dzięki chuście nie było problemu. Mogłam swobodnie opiekować się dwulatkiem, chodzić na spacery, gotować. A Antoś w tym czasie spokojnie spał na moim brzuchu lub plecach...
Różnica wieku między naszymi najmłodszymi synami to 19 miesięcy. Powiem szczerze, gdyby nie chusta to byn nie wyrobiła na zakrętach. Ten kawałek materiału ratuje moją codzienność, taka prawda. Pozwala na zapewnienie bliskości maluchowi i daje wolne ręce. Pozwala również ujarzmić zbuntowanego dwulatka 
Kilka faktów:
- Chusta jest dobra od pierwszych dni życia dziecka, gdyż odpowiednio dociągnięta daje dobre podparcie dla kręgosłupa i pozwala na uzyskanie fizjologicznej pozycji noworodka
- zawiązanie chusty nie jest trudne ( mi zajmuje około minuty), ale warto na początku spotkać się z doradcą noszenia, który pomoże nam prawidłowo zamotać
- w chuście dziecko czuje się bezpiecznie, a mama ma wolne ręce.
- dziecko nie przyzwyczai się do noszenia, gdyż... ono jest już przyzwyczajone. Przez 9 miesięcy rosło noszone pod sercem mamy i właśnie w jej ramionach czuje się najbezpieczniej
- dziecko naturalnie wyrasta z noszenia w chuście. Im jest starsze tym rzadziej ma taką potrzebę, gdyż woli samo odkrywać świat (wspomniany wyżej Antoni to aktualnie BARDZO SAMODZIELNY 6,5 latek )





Zaraziłam chustonoszeniem wiele mam, bo wiem jak to ułatwia codzienne funkcjonowanie. Małe dzieci płaczem komunikują swoje potrzeby, a my staramy się zawsze im pomagać dlatego reagujemy na ich wołanie. Bliskość rodzica wspomaga prawidłowy rozwój niemowlaka. Jednak mama także potrzebuje czasami swoich rąk  Chustonoszenie pomaga zaspokoić potrzeby obu stron. Jeśli miałabym wybrać jeden "gadżet" niezbędny dla noworodka byłaby to właśnie chusta.
Myślałam, że chustonoszenie jest już bardzo popularne i każdy wie o co chodzi. Kilka mam mówiło mi jednak w ostatnim czasie, że wciąż spotyka się ze zdziwionymi spojrzeniami i przeróżnymi komentarzami. Stąd właśnie ten post. O noszeniu, o byciu blisko, o reagowaniu i o pamiętaniu również o sobie.
Apel na koniec: Mamo niemowlaka. Jeśli masz już dosyć płaczu, jeśli bolą Cię ręce, jeśli nie masz pomysłu jak pomóc swojemu maluchowi, jeśli jesteś zmęczona i nie masz nawet jak zjeść śniadania spróbuj chustonoszenia. Może pokochasz je równie mocno jak ja, która noszę już swojego piątego syna 

• Zdjęcie z ostatniego spotkania ze znajomymi. Byliśmy na długim spacerze, dzieci swobodnie biegały, my rozmawialiśmy a nasze niemowlaki słodko spały w chuście. Całe dwie godziny 

poniedziałek, 19 marca 2018

To moje!

To moja książka! Mamo powiedz mu, że to moja książka, dostałem od Mikołaja!
To moje auto! 
Ta książka nie jest jego. A czyja? Jest WSPÓLNA!!!
Czyje to było? Nie, to nie Szymka, to Antka!
Takich zdań w naszym domu pada codziennie minimum kilka. Czasami się gubię. Nie jestem w stanie spamiętać co do kogo należy. Oczywiście, to co jest w częstym użytku nie sprawia mi problemu. Ale wygrzebany z pudełka resorak już tak. Staram się nie wtracać. Staram się rzetelnie odpowiadać na pytania.
Czasami niektórzy ludzie pytają czy przy piątce dzieci toniemy w zabawkach. Przecież jak każdy będzie miał swoje gry, auta, klocki to będą tego tony. Nie toniemy. Każdy ma jakieś swoje zabawki, ale dużo rzeczy jest wspólnych. Klocki LEGO Duplo są wsypane wszystkie do jednego zbiorczego pudła. Oczywiście, że bywają dyskusje na temat tego że "on wziął wszystkie podkładki!" I mogłabym na tym się skupić. Jednak wolę popatrzeć na te sytuację z innej perspektywy..

Józek bawi się piłką, piłka okazuje się Szymka. Szymon zabiera piłkę, Józek w krzyk (dwa lata...). Przychodzi Ignacy i przynosi Józkowi swoją piłkę...

Jesteśmy na mszy. Nie mam dla wszystkich pieniędzy na ofiarę. Ostatecznie wręczam pieniądze Antkowi i Szymkowi (wypada ich kolej). Józek zaczyna marudzić z tego powodu. Antek podchodzi i szepcze mi "mamo ja mu oddam swój pieniążek, niech on wrzuci. Jemu bardziej zależy"...

Jesteśmy w domu. Jest wcześnie rano. Ignacy chce wziąć do szkoły książkę Antka. Antek nagle przypomina sobie że książka jest ciekawa i chętnie by sam ją wziął. Ignacy prosi, proponuje pożyczenie czegoś w zamian. Nie działa. Ja próbuję się nie wtracać, ale fakt że książka pół roku kurzyla się na półce. Mówię "Antek tyle czasu stała, a jak Ignacy chce poczytać to nie możesz mu pozwolić?". Antek uparcie nie chce. Ok. Mówię "zrobisz jak zechcesz." Gdy już mamy wychodzić to Antek nagle zmienia zdanie "dobra Ignacy weź ją, tylko nie zniszcz".

Czasami muszę się wspinać na wyżyny cierpliwości, ale staram się rozumieć, że przecież każdy ma prawo do własności i do decydowania o swoich rzeczach. Czasami muszę się mocno gryźć w język. Czasami się nie ugryzę a potem żałuje.
Ale mimo wszystko wiem, że moje dzieci potrafią się dzielić. Potrafią argumentować. Pamiętają o drugiej osobie.
Mam nadzieję że sztuka negocjacji i dbanie o drugiego człowieka zostanie im na całe życie...

piątek, 9 marca 2018

Droga krzyżowa oczami dziecka.

Byliśmy na drodze krzyżowej. Z całą piątką. Trochę musieliśmy ich przekonywać i tłumaczyć, że warto iść. Bo mimo, iż staramy się być na drodze krzyżowej co tydzień, to jednak dla dzieci to wyzwanie. 
Ja z mężem i maluchami chodziliśmy za krzyżem. Dwójka najstarszych została za to w ławce. W między czasie na rzutniku były puszczane zdjęcia z "Pasji".
Po drodze krzyżowej 6 letni Antoś zaczyna rozmowę: Mamo, a te zdjęcia były prawdziwe?
Ja: Były z filmu o śmierci Pana Jezusa. Ale myślę, że tak to wyglądało.
Antek: No tak, oni chcieli zabić Pana Jezusa, żeby już nikt w Niego nie wierzył, prawda?
Ja: Tak synku. Masz rację.
Antek: Ale im się nie udało. Bo my wierzymy... A wiesz mamo, że Pan Jezus miał taką kłującą koronę z cierni. I był taki dzielny, niósł ją na głowie mimo bólu. I się nie poddawał.
Ja: Wiem. Tak było.
Antek: tak sobie myślę, że warto było iść na tą drogę krzyżową dzisiaj. Bardzo warto.
Chwila przerwy. Pakujemy się do auta. Temat wraca.
Antek: A Szymon z Cyreny pomógł nieść krzyż.
Ignas: Zmusili Go, wiesz?
Antek: Wiem. Zmusili. Ale jak dobrze że jednak pomógł i niósł, nawet jeśli nie chciał.
....
Z tym was zostawię. Wciąż uczę się od moich dzieci.

wtorek, 27 lutego 2018

Trudne dni.


Zdarza się, co tu kryć. Czuję się dziś słabo, a jako iż minęły dwa miesiące od porodu to pewnie znów odzywa się moja tarczyca. Najchętniej poszłabym się położyć, ale choć niemowlak chwilowo śpi w najlepsze to jednak po domu harcuje 21 miesięczniak. Z katarem. Dużym. I z czterema wychodzącymi zębami na raz. Jakby ktoś nie wiedział co to oznacza to już tłumaczę: znaczy to dokładnie tyle, że go boli, więc marudzi praktycznie ciągle o wszystko. I krzyczy. I przewala się po mnie jak tylko usiądę. Oraz staje na głowie bym na pewno go zauważyła.
To są takie dni, gdy dosięgam swojej granicy: granicy cierpliwości, zrozumienia i siły. Włączam tryb "byle przetrwać". Gryzę się w język, by nie być niemiłą. 
W takich sytuacjach gdy zamykam oczy to widzę... krzyż. I przypominam sobie, że Jezus chętnie przyjmie mój trud. Że On jest w tym ze mną. To nie powoduje nagłego przypływu energii, ale nadaje sens. Mimo wszystko.

Macierzyństwo

Wczoraj mój pierworodny skończył 11 lat. 11 lat mojego macierzyństwa. Impreza urodzinowa (głównie dla rodziny) była w sobotę. Tort, życzenia...