czwartek, 25 stycznia 2018

O szarości.

Jestem na co dzień z dziećmi. Jak to się mówi "siedzę" w domu. Oczywiście siedzę umownie, bo akurat usiąść to nie bardzo mam kiedy  (choć kawę ciepłą i przy stole pijam  ). Codziennie "to samo". Mniej więcej podobny plan, rytm dnia, wstać, nakarmić, pomóc ubrać, zawieźć do szkoły, ogarnąć maluchy, zakupy, obiad, sprzątanie, potem wspólne popołudnia, zajęcia, lekcje, w między czasie prowadzenie firmy. I tak z mniejszymi bądź większymi różnicami płynie 9 rok.
Ktoś by powiedział nuda, albo brak sensu. Łatwo się zapędzić w takie myślenie. Co z tego, że pozamiatam po raz kolejny? Co z tego że przewinę, odpowiem na milionowe pytanie, spokojnie przetrwam burzę emocji i płaczu półtora roczniaka? Co dzień to samo. Po co?
A jednak. Każde moje działanie, każda decyzja, każda reakcja to wybór. Wybór między swoim egoizmem, a rezygnacją z siebie dla innych. Wybór między dobrem, a złem. Między pomocą z miłością, a złością i niechęcią. Między wysłuchaniem, a odganianiem się od dziecka jak od natrętnej muchy. Każdy mój uczynek, najmniejszy, zrobiony z Miłością to okazanie Miłości Bogu. To uczynek dla Niego. Moje bycie w domu można przeżyć albo z frustracja albo z pokojem serca i poczuciem sensu. Kiedyś jeden kapłan powiedział mi że to taka "mistyka zamiatania miotłą" i gdy tracę sens oraz siły to przypominam sobie o tej mistyce codzienności. 




W życiu nie ma szarości, to my ludzie próbując usprawiedliwić siebie chcemy by te szarości istniały. Ale tak na prawdę jest białe i czarne, dobre i złe. Każdy najmniejszy uczynek może mnie przybliżyć do Boga. Nie muszę być idealną. Wystarczy że będę kochać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Macierzyństwo

Wczoraj mój pierworodny skończył 11 lat. 11 lat mojego macierzyństwa. Impreza urodzinowa (głównie dla rodziny) była w sobotę. Tort, życzenia...