Odebrałam dzieci. Po drodze w aucie skarżą się na bóle głowy, więc podejrzewając głód proponuje placki z jabłkami. Działać trzeba szybko, bo mamy 40 min do wyjścia na zbiórkę zuchową. Wpadamy do domu. Ja zaczynam robić placki i je smażyć, Franek raczkuje i zagląda w kąty, Józek stoi na kitchenhelperze i pomaga, Ignacy skleja model z kółka modelarskiego, Antek robi lekcje (literka "o" i szlaczki), Szymon rozrysowuje jakieś karteczki do wymyślonej przez siebie gry... W między czasie Antek opowiada historię o chłopcu którego pobili koledzy, a potem dwóch mu nie pomogło, dopiero trzeci... Wyłapuje z treści dzisiejszą Ewangelię i ciągnę znad patelni przypowieść o dobrym samarytaninie. Potem Antek nie może odczytać jakiegoś polecenia w zadaniu domowym, lecz zanim zdążę zareagować pomaga mu Ignacy. Wciągają furę placków (ze 30 ich było co najmniej). Jeden biegnie do toalety, dwulatek zaczyna śpiewac "w góry do Góry". Franuś z fotelika domaga się kolejnego placka, Antek pakuje lekcje do plecaka, Ignacy przebiera się w mundur, Szymon wychodzi na ogródek... Nadążyliście? Ja nie nadążam, ale czuję ogrom wdzięczności...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz